Izabela Forsberg

• •

„Kamienny Krąg. Gasnący płomień”

 Dwa w jednym – zbiory „Kamienny Krąg” i „Gasnący płomień” zostały umieszczone w jednej książce. 

 Autorką jest mało znana, ale znakomita poetka polska, ukrywająca się pod pseudonimem. 

 Jej doskonale skonstruowane, piękne a mroczne wiersze mają pewien związek z ideami artystyczno-filozoficznymi Tadeusza Micińskiego, chwilami nawiązują do poezji tanatologicznej i gotyckiej. Są jednak nowoczesne i oryginalne, własne.

Tuląc płaczący las

Zamykam oczy, by nie widzieć, nie czuć,
prastarą jestem mogiłą tu,
rzuconą przez szyderstwo losu
w wir, którego pojąć nie mogę
i nie chcę...

Zamykam oczy, by stanąć nad przepaścią
skłębionych, czarnych chmur,
płynie wiatr jak zimna rzeka,
niosąc mnie na skrzydłach,
daleko...

Każdej nocy płacze las,
słyszę jego smutek,
lecz nie potrafię zrobić nic,
bezsilna istota,
obca pośród ludzi...

Inny świat jest gdzieś tam, wiem,
tak daleki od tego, co jest,
krew sączy się tak bolesna,
plamiąc drżącą ziemię,
oddycha...

Płynie nieubłaganie czas,
którego nie ma,
wciąż pytam- dlaczego?
Ten, który nie istnieje odpowiada-
milczeniem...

Wygnańcy Piekła

Mglista noc pochłonęła światło dni,
by strącić je w czeluści otchłanie-
zapomnienia-
w głębokim lesie, czarnym od krzepnącej krwi,
ze ścian posoką lepkich milczące pożądanie
wyje od cierpienia;
Gromy rozdarły całuny nieb nieokiełznaną żądzą,
rozsypując się ognistym sznurem piekielnych korali,
by stać się cieniem tego świata, milczącą
krainą, zapomnianą w niezbadanej dali.
Stoję i patrzę w mętne lustro przeznaczenia,
wołając przez nocną zamieć, nikt nie odpowiada,
przed mymi oczami suną obrazy jak tchnienia
zim dalekich, płynących niczym odległych snów zwierciadła.
W chaotycznym tańcu wichrów gęstniejąca mgła zamarła,
zasnuwając niepamięcią
nas, gdy rzeczywistość ludzka ofiary pieczęcią
przykuła nas do skał wieczności,
lecz wciąż trwamy, z twarzami spękanymi od biczów ciemności...

My- wygnańcy Piekła...

Ognisty szlak

Mroczne niebo, chmurne niebo, słyszę twój głos
którego zrozumieć nie potrafię, łkaniem
wichury wzywasz mnie, głuchym błaganiem
jest to uschnięte drzewo, w którym zapisany był mój los.

Lećcie, moi bracia, tnijcie powietrze płaczące
w zachwycie, wiatr niesie was wysoko
w wieczności niebo gorejące,
lećcie, moje kruki, czujnego Ojca oko
nakazuje powrót, nim czas mój nastanie,
nie płaczcie, skończy się wkrótce moje wygnanie.

Drzewa smutne, szepczecie me imię
głosem przygnębienia, wyciągając ku mnie ramiona tęskniące,
w ciszy ponurej głos opadające,
wznosi się ton waszej pieśni w chóru siłę.

Lećcie, czarne ptaki, w noc mglistą,
by rozproszyć ją tysiącem płomieni
skrzydeł świetlistych, czyniąc ją przejrzystą,
przygotujcie szlak mój, niech się rozpłomieni.

Wiem, Jednooki Ojcze, czas mój dojrzał, twój klucz mosiężny
otwarł przede mną bramy czasu i przestrzeni,
przybądźcie, bracia utęsknieni, niech wicher niedosiężny
poniesie nas na kraniec światów, do krainy cieni.

Szaleniec

Jestem szaleńcem, niecnie próbującym skraść
gwiazd i nocnego słońca ulotny jak mgnienie blask,
bystre są ich płomienie, niczym rzeka,
niosąca niepamięć odległych o setki mil krain,
kto nazbyt długo w nie patrzy, urzeka
ich czar nieprzemijający, wzrastający żar pali
nazbyt boleśnie żądzą ziszczenia
snu doskonałego samozniszczenia.

Jestem szaleńcem, jak ogień niegasnący, gorejący
coraz mocniej na zgliszczach tego, co mogło być
tak czyste i piękne, lecz w lustrze pękniętym płaczący
obraz widma tylko pozostał, w zakamarkach skryć
się pragnący, jak topniejący śnieg, przed marzeniami
cholernego nieziszczenia, lecz to już bez znaczenia
jest, wszystko, poza tymi krwawymi ranami
...urzeczenia.

Jestem szaleńcem, rzucającym się na oślep w objęcia
rozszalałej nocy, niczym lunatyk opętany
nieprzemożną żądzą niezaśnięcia,
w bezładzie chaosu szukając
ramion, co utulą gniew i smutek, skują je w kajdany,
rozprasza się gęsta mgła, senny obraz
rozmytej rzeczywistości, chyży niczym zając
umyka gdzieś daleko, zostaje tylko rozkaz
by biec, biec dalej w przepaść
i przepaść...

Powitanie Mistrza

Noc coraz głębsza, jakaś niepokorna bezsiła
po raz kolejny nie pozwala mi zasnąć, niczym w obcęgach,
trzyma mnie w stalowych swych ramionach, spowiła
myśli me ta dziwna noc, zatraciła
cały świat w mglistych swych objęciach,
sen na zmęczone powieki sprowadziła...
czułam jak konary z wściekłością
uderzają w szyby, jakby chciały wejść do tego pokoju,
w którym panuje ciemność i bezkresny smutek, z zaciętością
coraz dzikszą, zuchwalszą, czerpiącą z nocy wezbranego zdroju;
wciąż nie potrafię odnaleźć przyczyn niepokoju
targającego duszę moją, gorączkowe serca bicie
na moment ustaje, by znów za chwilę w palącym zachwycie,
chcieć wyrwać się z ciała w tym nierównym boju;
myśli wirują jak oszalałe, nie mogąc powstrzymać
swego pędu- chociażby na chwilę, dającą odetchnienie,
tak, by to odurzenie przez mgnienie zatrzymać-
w okna płaczące wtapiam błędne, zamglone spojrzenie.

W mroku usłyszałam kroki, jak szmer cichy płynęły,
zwróciłam twarz bez strachu, bez słów,
ujrzałam Twą dumną postać, znam Cię, przeminęły
wieki, a Twe oczy wciąż płoną z tęsknoty-
przyszedłeś, mój Mistrzu, wiedziałam, że spotkam Cię znów.

Powrót biesów

Na trwających o tysiące lat stąd dzikich polach zmierzch zakrada
świetlistość dnia, jakby nigdy tu nie istniała, dobiega kresu
czas, w oszałamiającym tańcu wichrów, niesionych z północy,
wędrują dzikie kohorty ponadczasów, biesiada
zwiastowana głuchym dzwonem środka nocy,
zapowiada nadejście, powrót biesów.

Miecz księżyca pali złowieszczo pnie sękatych drzew
pobliskiego lasu- od dawna już zapomnianego, pradawnego,
rzucony niczym sztylet przestrogi, tworzy świetlistą opokę
na koronach tronów czterech żywiołów, by odwieczny zew,
pulsujący niczym krew zamierzchłej mądrości, nieskalanego
piękna i czystości, został ukryty przed śmiertelnych wzrokiem.

Jak wyrokiem pędzą przestworzem zuchwałe konnice,
tnąc ostrzem kół powietrze dzikością przepojone,
z namiętnością czułą całując wiatrów dziewicze
rozognione lice, po horyzontu najodleglejsze krańce
roznosi się gwar, tętent końskich kopyt, rozgwieżdżone
tysiącem pochodni płoną świetliste kagańce.

Przez ognistą śnieżność pustkowi zaprzęgi dotarły
w to miejsce tajemne, co domem odwiecznym jest przeznaczenia,
dzwonki sań uniesieniem, śmiechem podzwaniały, wędrowcy składali
pokłon wieków dumnie, prawiąc o sadze istnienia, w mroku
cieni górzystego boru krzesząc ogniska wyroku
praojców minionych wieków, rzekąc początek ich przebudzenia.

***

Jestem głupcem- szukającym, umykającym kojącej mądrości
niewiedzy, gdyż sączącą się z wolna trucizną jest poznanie-
pozorem, który oszałamia, więcej pytań bez odpowiedzi tylko zostawiając.

Jestem marnym prochem- w swej nicości, niedoskonałości,
poszukuję prawdy pytając wciąż o niezbadane,
i gubię się i upadam, w ciemności podążając.

Jestem trzciną- chwiejną, bezwolną na wietrze losu,
nieudolną, bezbronną wobec wyroków przeznaczenia-
padających z nieuchronną, niezachwianą celu swego pewnością.

Jestem błaznem- nocą kolejną, bezsenną,
bez nadziei, przebaczenia, nie potrafiąc odegnać urzeczenia,
z nieśmiałością szukam człowieka, zderzona z bezwartością.

Jestem niczym, więc kimże jestem?